Ruch

[WYWIAD] „Perfekcjoniści powinni ćwiczyć na 30%”. Sztuka odpuszczania w pracy z ciałem

O tym, dlaczego w ćwiczeniach warto porzucić perfekcjonizm i jak starożytne chińskie metody pomagają odnaleźć ukojenie we współczesnym świecie, rozmawiamy z instruktorką qigongu Katarzyną Baranowską.

Anna Polkowska

Anna Polkowska: Studiowałaś filologię polską – to świat literatury, intelektu i ciągłej analizy. Dziś uczysz qigongu, czyli sztuki bycia tu i teraz, pracy z ciałem i oddechem. Jak wyglądała Twoja droga z głowy do ciała?

Katarzyna Baranowska: Byłam już zmęczona siedzeniem przy komputerze i pracą z tekstem. Odbijało się to na moim zdrowiu – szwankował mi wzrok oraz odcinek szyjny kręgosłupa. Zaczęłam ćwiczyć qigong i niemal od razu poczułam poprawę. Praktykowałam coraz częściej i po prostu to polubiłam. Ruch nie był mi obcy – pod koniec studiów przez trzy lata ćwiczyłam tai chi, ale jakoś się to rozeszło. A qigong… im dłużej mi towarzyszył, tym bardziej mi się podobał. 

Moja znajoma była instruktorką i zaproponowała, żebyśmy ćwiczyły we dwie. Przez jakiś czas korzystałam z jej dobroci – uczyła mnie za darmo. To ona powiedziała mi, że do Polski przyjeżdża Daisy Lee, znana mistrzyni qigongu. Na warsztatach nie było już miejsc, ale wybłagałam organizatorów, żeby mnie przyjęli. Od tamtej pory jeździłam na wszystkie warsztaty prowadzone przez nią i jej byłego męża, Francesco Garripoli. Koleżanka z tych zajęć, która wcześniej ukończyła kurs instruktorski, podpowiedziała mi, żebym też zaczęła robić certyfikat. Na początku tylko ją zastępowałam, a potem już sama zaczęłam uczyć.

Moje przejście od pracy z tekstem do prowadzenia zajęć nastąpiło bardzo płynnie. Coraz mniej pracy z komputerem, coraz więcej z ciałem. 

W qigongu doskonale sprawdza się zasada „śpiesz się powoli”. Gdy ćwiczymy poniżej maksymalnych możliwości, ruch staje się zabawą i rozluźnieniem.

Jesteśmy przyzwyczajeni do wyciskania z siebie siódmych potów na siłowni czy podczas biegania. Qigong uczy czegoś zupełnie odwrotnego: miękkości, puszczenia napięć, zasady „mniej znaczy więcej”. Czy na początku trudno jest nam zaakceptować to, że nie musimy się forsować, by osiągnąć efekt?

Tak, tak, to jest trudne. Ja mam takie powiedzenie, że ćwiczymy na 70%, a perfekcjoniści na 30%. W qigongu doskonale sprawdza się zasada „śpiesz się powoli”. Jeśli ciągniemy coś na siłę i dociskamy, łatwo o kontuzję i zniechęcenie. Wkładamy mnóstwo wysiłku, męczymy się, a potem rezygnujemy. Gdy ćwiczymy poniżej maksymalnych możliwości, ruch staje się zabawą i rozluźnieniem. No i rozluźnione mięśnie rozciągają się znacznie łatwiej niż spięte.

Z czym mierzą się osoby na swoich pierwszych zajęciach? Co jest dla nich największym zaskoczeniem? Przychodzą z jakimiś oczekiwaniami, wyobrażeniami? Czy w ogóle wiedzą, gdzie trafiły? Czego szukają?

Nie wszyscy wiedzą, czym dokładnie jest qigong. Tłumaczę wtedy, że przypomina on tai chi, które większość kojarzy choćby z filmów. Największym zaskoczeniem, a zarazem wyzwaniem, okazuje się zazwyczaj tempo – w qigongu poruszamy się bardzo powoli, a wiele osób jest przyzwyczajonych do szybkich, intensywnych ćwiczeń. 

Czego szukają? Przede wszystkim spokoju i wyciszenia. Na co dzień otacza nas mnóstwo bodźców, stresu i trudnych wiadomości. Moje zajęcia dają przestrzeń, żeby na chwilę od tego odpocząć. Część osób przychodzi też z powodu dolegliwości fizycznych – bólu szyi, dolnej części pleców czy napięcia w barkach.

Kogo najczęściej widujesz na zajęciach?

Przede wszystkim dorosłych, w tym sporo seniorów. To wynika właśnie z delikatności i braku presji czy wyczynowości w tych ćwiczeniach. Qigong dba zarówno o ciało, jak i o głowę. Wykorzystujemy tu wiele ruchów opartych na koordynacji, które stymulują mózg. Niejednokrotnie wykonujemy ruchy, w których każda ręka robi coś innego – dla jednych jest to intuicyjne, inni potrzebują paru miesięcy, by to opanować. Stosuję też ćwiczenia usprawniające pracę mózgu spoza samego qigongu. Wiek nie ma tu jednak żadnego znaczenia – qigong nie stawia żadnych barier wiekowych ani kondycyjnych.

Kiedy zaczynamy praktykować, często oczekujemy natychmiastowej ulgi. Czego realnie możemy się spodziewać w ciele i psychice po kilku miesiącach regularnego uwalniania napięć?

Kluczowa jest systematyczność. Szybkość efektów zależy jednak od indywidualnej kondycji czy ewentualnych schorzeń. Czasami ulga przychodzi natychmiastowo. U mnie bardzo szybko poprawił się sen. Jeśli jednak problem jest poważniejszy, bywa, że potrzeba po prostu interwencji medycznej.

W qigongu często mówi się o przepływie energii. Jak wyjaśniasz to osobom, dla których ten język jest nowy, a na zajęcia przychodzą przede wszystkim po to, żeby lepiej radzić sobie ze stresem? 

Qigong jest powiązany z tradycyjną medycyną chińską, tutaj też pracujemy z meridianami i z punktami akupunkturowymi. Mówię wtedy, że są takie ścieżki w ciele, którymi energia witalna przepływa. I przeważnie wychodzi w praktyce, że wystarczy rozmasować konkretny punkt na ciele, by poczuć działanie przeciwbólowe. Nie trzeba w to wierzyć, można po prostu robić masaże. Niezależnie od wiary zadziała. 

Co qigong zmienił w Twoim życiu?

Dzięki niemu otworzyłam się na ludzi. Kiedyś potwornie bałam się występować przed grupą, a dziś prowadzenie zajęć nie sprawia mi żadnego problemu. Zyskałam luz i łatwiej nawiązuję kontakty.

Jaką masz radę dla osób, które chciałyby spróbować?

Po prostu zapisz się na zajęcia i sprawdź, jak się w tym czujesz! Qigong ma niewiele przeciwwskazań, a ćwiczenia zawsze dobieram tak, aby były w pełni bezpieczne. Dziś w sieci można znaleźć mnóstwo filmów instruktażowych czy materiałów do samodzielnej nauki generowanych przez sztuczną inteligencję, ale jestem przekonana, że w pracy z ciałem najważniejszy pozostaje bezpośredni kontakt z żywym nauczycielem. Tego AI nie zastąpi.